czwartek, 1 grudnia 2011

Kraj Kolumba

Dominikana - kraj Kolumba.
O pobycie na dominikanie dowiedziałem się jeszcze będąc w Wenezueli. Wrócilłem do Warszawy na 1,5 tygodnia i po miłym powrocie do naszego kochanej zimy wylot na Dominikanę. W międzyczasie jednodniowy pobyt w Islandii, popołudniowe zwiedzanie Rejkiawiku, między innymi anielsko-boskiej opery w Rejkiawiku Harp’y a wieczorem niesamowita kąpiel w Blue Lagoon - gorących źródłach obok największej elektrowni geotermalnej na świecie!

Na Karaiby do Punta Cany przylecieliśmy w piątkowy nocny poranek. Była godzina 5.00 gdy wylądowaliśmy na tamtejszym lotnisku. Trzy pierwsze dni spędzilśmy na błogim wylegiwaniu się na balkonie lub plaży, czytaniu przewodników, zakupach ,robieniu zdjęć i odpoczywaniu.

DSCF3470-2011-12-2-07-06.jpg

DSCF3529-2011-12-2-07-06.jpg

DSCF3482-2011-12-2-07-06.jpg

Początkowy plan zakładał wyjazd w sobotę do Santo Domingo przez Higuey z Punta Cany. Bez problemów zebraniu potrzebnych informacji o odjazdach busów, przesiadkach. Chciałem się zatrzymać w Santo w hotelu Europa. Nie mogłem rezerwować hotelu przez internet bo moje plany zbyt często się zmieniały. Stary bardzo stylowy, choć skromny hotel znajdujący się w dzielnicy kolonialnej. Niesamowity taras na ostatnim piętrze oraz piękne balustrady balkonów. Jeden z najpiękniejszych hoteli w Santo Domingo. Gdy tam dotarłem rzeczywistość przeszła moje najśmielsze oczekiwania.
DSCF3467-2011-12-2-07-06.jpg

DSCF3522-2011-12-2-07-06.jpg

W sobotę niestety z mojego lenistwa nigdzie nie pojechałem ;) Przesunąłem datę wyjazdu na niedzielę. Uzgodniłem z resztą załogi ,że wyjeżdżam obiecałem dać sygnał gdy tylko dojadę.

W międzyczasie wybraliśmy się ze znajomymi na zakupy do pobliskiej wioski. Mały bazarek kilkanaście chatek przerobionych na stragany i wszędzie można znaleźć podobne artykuły. Podobne torebki, podobne żółwie, podobne obrazy. Najśmieszniejsi są sprzedający którzy za towary naprawdę nie warte wiele żądają bardzo wysokie ceny. Liczą ,że znajdą łosia który coś kupi ;)

DSCF3539-2011-12-2-07-06.jpg

DSCF3543-2011-12-2-07-06.jpg

Na poniższym zdjęciu moi dwaj ulubieńcy z całej Punta Cany. Ich tekstów nie sposób powtórzyć ale poniższe zdjęcie chyba ilustruje choć w namiastce ich sposób sprzedaży - na przyjaciela. Chipi Chipi bro!
DSCF3549-2011-12-2-07-06.jpg

Przed wylotem do Wenezueli zadzwoniłem do Ministerstwa Spraw Zagranicznych, jakie warunki panują w Dominikanie. Czy jest tam bezpiecznie? Byłem zapewniany że wszystko będzie w porządku i mogę spać spokojnie. Nic nie zapowiadało tego co się wydarzy....

Nastał dzień wyjazdu, niedziela godzina 6 rano. Szybka pobudka, poranny prysznic, szybkie pakowanko, śniadanie i w drogę. Bus jadący do Higuey miał przystanek pod naszym hotelem. Wsiadając do niego zaczynało padać. Gdy ruszyliśmy lało jak z cebra. Zatrzymywaliśmy się tak gdzie pasażerowie czekali na nasz przyjazd. Obsługa autobusu to kierowca i pomocnik. Kierowca kierował autobusem a pomocnik- naganiacz wyglądał klientów przez otwarte drzwi. Gdy kogoś zauważył krzyczał do kierowcy żeby się zatrzymał. Należność za przejazd pomocnik zbierał po ostatnim przystanku gdy bus był pełny. Dzięki temu spokojnie mógł zebrać pieniądze i nikogo nie ominąć. Dojeżdżamy do Higuey po mniej więcej 1,5 godzinie jazdy i 45 przystankach po drodze. Jednym z ciekawszych zjawisk marketingowych jest sposób szukania pasażerów przez obsługę autobusu. Przesiadka w Higuey trwa parę minut, wystarczy przejść przez ulicę i stanąć :) parę sekund później zostajemy oblepieni krzyczącymi coś ludźmi i znajdziemy właściwy autobus.
Deszcz przestaje padać po wyjeździe z Higuey. Drogi są w tragicznym stanie. Ciągle latam podłoga-sufit, sufit-podłoga, podłoga-sufit i tak w kółko. Droga do Santo Domingo trwa około 4 godzin. Krajobrazy się zmieniają. Od wyjazdu z Higuey przypominającego Kenie, po przez pola z uprawami trzciny cukrowej, po małe Miami. Dojeżdżamy. Jest parę minut po 11. Mijamy wielkie skrzyżowania, wjeżdżamy nad płynącą przez Santo Domingo rzekę Rio Ozana. Pytam się jak dojechać do Zona Colonial - dzielnica kolonialna. Jedyne miejsce stosunkowo bezpieczne a także ciekawe. Wpisane na listę UNESCO - Światowego Dziedzictwa Kulturowego po to aby ochronić to miejsce od zniszczenia. Pomocnik kierowcy doradza mi wysiąść na kolejnym przystanku. Autobus zatrzymuje się parę skrzyżowań dalej. Na środku ulicy. Drzwi się otwierają a ja wyskakuje. Oglądam się dookoła i nie wiem co zabardzo zrobić. Gdzie iść. Dochodzę do głównej ulicy ale jest to decyzja gorsza od przejścia z deszczu pod rynnę. Obraz jaki mi się ukazuje, ogromna ulica z wielkim pomostem w tle, dziesiątki małych skuterów i stragany. Przechodzę pomiędzy straganami, podchodzę do małego chłopczyka z pytaniem, gdzie jestem. Pokazuje mi paluszkiem na mapie. Zupełnie inne miejsce niż pomocnik kierowcy 10 minut temu. Uśmiecham się do chłopca i mam chęć zrobić mu zdjęcie ale aparat leży schowany na dnie przewieszonej przez moje lewe ramię czarnej torby. Trzymając małą mapkę z przewodnika jak wybawienie. Omijam stragany i skręcam w boczną uliczkę. Staje zadając sobie pytanie, jak tam dojechać. Może taksówką? Niestety żaden z samochodów to nie taksówka. Próbuje odszukać przydatne informacje w przewodniku. Słysze klakson podjeżdżającego samochodu. Kątem oka widzę że jest to bus. Kierowca wraz z asystentem wymachują rękami jednocześnie krzycząc ( w dominikanie krzyk - najbardziej skuteczny środek perswazji) zapraszając do środka. Próbuje odmówić. Bezskutecznie. Im bardziej odmawiam tym, bardziej nalegają. Nie mając wyboru wsiadam. Kierowca z uśmiechem od ucha do ucha zaprasza mnie na przednie siedzenie. Obok kierowcy. Zwykle siedzi tam pomocnik gdy odległość między przystankami jest wystarczająco długa. Wyjmuje aparat i robię pierwsze zdjęcia. Pierwsze ujęcia z Santo Domingo. Mijamy domy, samochody a ja się zastanawiam gdzie ja jestem. Może to Haiti?
Przejeżdżamy przez robotnicze dzielnice. Przelatuje mi myśl czy aby na pewno kierowca ma dobre zamiary i nie chcą mnie porwać. Oglądam się za siebie. Widze małe dzieciaczki bawiące się na kolanach mamy. Jedno trzyma w plastikowym woreczku pare mandarynek, drugie mały plastikowy woreczek z wodą. Za nimi siedzi para uczniów i starszy człowiek. Spoglądam na kierowce i jego koleżkę. Mogę przestać wierzyć w historię „oni chcą mnie porwać”. Wszystko dookoła wydaje się normalne. Pojawia się uśmiech na mojej twarzy i wtedy parę sekund później skręcamy w jedną z głównych ulic Zona Colonial. Kierowca wskazuje palcem na park ogrodzony metalowym płotem. „To jest Zona Colonial”. Zatrzymujemy się pare metrów dalej.
Na metalowym płocie parku wiszą portrety najbardziej zasłużonych dla dominikany. Wojskowych, cywilów, kapłanów. Paręset metrów dalej, nie wiedząc gdzie iść podchodzę do żołnierzy strzegących turystów. Pytam się w którym kierunku mam się udać pokazując jednocześnie małą żółtą karteczkę z napisem Hotel Europa, Calle Arzobispo Merino I Calle Emiliano Terjera, www.antiquohoteleuropa.com. Jest ich czwórka. Przekazują sobie nawzajem małą przewodnikową mapkę z rąk do rąk z wyrazem twarzy „on pochodzi z marsa, a mapa z Saturna”. Z pomocą zjawia się miejscowy przewodnik. Bierze książkę z karteczką do rąk. Głaszcze wąsik zastanawiając się. „Musisz iść tą ulicą naprzeciwko, aż dojdziesz do skweru Kolumba, wtedy skręć w lewo i za 500 metrów będzie Hotel Europa”. Żegnam się i przechodzę przez ulicę.

Coraz więcej sklepów ukazuje się moim oczom. Mijam zagranicznych turystów, butiki znanych marek, knajpki McDonald, KFC. Zaczyna się po raz kolejny zaczepianie przez ulicznych sprzedawców. Słońce dość mocno świeci a nikt nie nosi okularów przeciwsłonecznych. Później jeden z przewodników powiedział mi ,że okulary noszą policja i turyści. Idę wzdłuż ulicy wybrukowanej szarym kamieniem. Wokół mnie murzyni, Japończycy i niewielu dominikan. Czuje się jak kolonialista. Jak Pan. Dziwne uczucie, masz na sobie spodnie warte tyle ile miesięczna wypłata a okulary przeciętny samochód. Zatrzymują Ciebie Murzyni, namawiając żebyś coś kupił. Jesteś w hierarchii wyżej. Było to nie przyjemne uczucie. Powtórka historii. Gdy mijam piątek skrzyżowanie, nie widzę skweru Kolumba. Pytam się o drogę, czarnoskórego wysokiego meszczyzny. Jest ubrany w niebieską koszulę za dużo o 1,5 rozmiaru rozpiętą, pokazującą nieznacznie klatkę piersiową i czarne spodnie. Znad kieszonki wystaje legitymacja przewodnika. Francis Green. Mój pierwszy przewodnik w Santo Domingo. Pokazuje adres hotelu. Uśmiecha się i proponuje krótką wycieczkę. Próbuje się wykręcić, mam ciężką torbę, muszę skorzystać z łazienki, odświeżyć się po prawie 5 godzinnej podróży.

„choć za mną”-zaczyna iść a ja za nim.

Część dalsza niebawem!

wtorek, 15 listopada 2011

Wenezuela kraj w którym benzyna jest tańsza od wody. Tańsza 10 razy.

Moja podróż do Wenezueli trwała prawie 3 dni. Pierwszego dnia wylot z Warszawy do Kopenhagi, parę godzin na lotnisku, wylot z Kopenhagi do Keflaviku na Islandii i następnego dnia firmową taksówką ;) Keflavik-Halifax-Porlamar. Lotnisko w Porlamar to główny port na Margaricie. Miesiąc temu dla mnie nazwa Margarita to była nazwa pizzy i drinka! Żartuje :) O Perle Wenezueli słyszałem dość dawno. Wspomnienia z wakacji znajomych przebijały się przez myśli gdy sprawdzałem co oznacza PMV. Było to Airport Porlamar, Margarita.

W Warszawie wówczas temperatura oscylowała około 0*C, w Keflaviku 5*C a na Margaricie o 12 w nocy około 30*C!

DSCF2946-2011-11-15-16-46.jpg


Wylądowaliśmy około 11 w nocy. Szybko pożegnaliśmy pasażerów, przekazaliśmy samolot następnej załodze i ruszyliśmy w drogę do hotelu. Gdy tylko opuściliśmy lotnisko czekała na nas wielka przygoda! Tydzień na Margaricie!

Pierwsze słowa jakie pamiętam które usłyszałem od Kapitana
- Tutaj w Wenezueli jest bardzo niebezpiecznie. Będziemy mieszkać w małym strzeżonym miasteczku, zielonej strefie. Są bardzo duże podziały społeczne i nikt nie chce aby coś się nam stało. Jeśli chcecie oddalić się od Hotelu proszę poinformujcie mnie o tym, gdzie chcecie się udać. Tutaj jest zbyt niebezpiecznie. Nigdy nie chodźcie w pojedynkę. Uważajcie na siebie.
- przynajmniej ktoś o nas zadbał

Kierowca busa jak zwykle bywa jechał jak szalony!
Objechaliśmy lotnisko, przejeżdżając koło początku pasa startowego i skręciliśmy w boczną drogę. Minęliśmy budkę strażnika i po 20 min drogi dojechaliśmy do hotelu. Dostajemy klucze do pokoju, wymieniamy się numerami i lecimy zmienić mundury na cywilne ciuchy i godzinkę później pijemy winko w jednym z barów na plaży. Jest ciemno. Słońce zachodzi około 18 i wstaje około 7. Jesteśmy bardzo blisko równika.

W pokoju klimatyzacja działa perfekcyjnie więc po mimo prawie 30*C na zewnątrz wreszcie mogę się wyspać po długim locie. Ponad 9h jako załoga pracująca.

DSCF2956-2011-11-15-16-46.jpg


Następny dzień to plaża ,słońce ,leżenie ,opalanie się spacerki po plaży i kąpiel w wodzie o temperaturze gotującej się zupy ;)

DSCF2941-2011-11-15-16-46.jpg


DSCF2954-2011-11-15-16-46.jpg


DSCF2955-2011-11-15-16-46.jpg


Drugiego dnia płyniemy na sąsiednią wysepkę Coche Island. Dużo mniejsza niż Margarita o powierzchni kilkudziesięciu kilometrów kwadratowych jest oddalona o 30 min rejsu przerobionym kutrem rybackim. Płyniemy cieśniną pomiędzy Coche a Margaritą. Gdy zbliżamy się do brzegu obok nas szybują niepostrzeżenie kormorany i mewy. Dobijamy do przystani-mostku. Im były bardziej bujało łodzią tym bardziej byliśmy zadowoleniu, świetna zabawa.

Wysiadamy na stały ląd. Po powitalnym drinku Fruit Punch zostawiam część rzeczy u znajomych z załogi i wybieram się do sąsiedniej wioski rybackiej. Jest oddalona o mniej więcej 2-3 kilometry. Widać pomost, parę łódek i wiele małych kolorowych domków. Mijam plażowiczów opalających się i leżących plackiem. Idę idę idę zbierając muszelki. Woda robi się coraz bardziej mętna plaża bardziej zaniedbana.

DSCF3071-2011-11-15-16-46.jpg


DSCF3086-2011-11-15-16-46.jpg


DSCF3097-2011-11-15-16-46.jpg


DSCF3104-2011-11-15-16-46.jpg


Po chwili znalazłem się w małej wiosce. Stacja benzynowa na której można kupić tylko benzynę, Samochody które mają po 30-40 lat. Słowem ludzie nie za bardzo lubią wydawać pieniądze. Krajobraz przypomina bardziej Ruandę a nie perłę Wenezueli. Średnie dochód jednego Wenezuelczyka to około 150$ miesięcznie. Jednak ludzie tutaj pomimo skrajnego ubóstwa są bardzo szczęśliwi. Domy są pokolorowane barwami tęczy. Gdy tylko odjedzie się z głównej drogi lub kurortu można to dostrzec. Każdego kogo się spotka jest bardzo miły i uprzejmy. Gdzie ta przestępczość ja się pytam ;) Mijam kolejne łodzie które przybiły do brzegu i tam pozostały, piękne malutki dzieci, bez sforne psy, samochody który bliżej do złomowiska niż jako środek transportu. W pewnym momencie moje ciało domaga się czegoś do picia. Krążę po uliczkach ale nigdzie nie mogę się dopatrzeć żadnego sklepu. Wracając dostrzegam budynek z stojącymi przed nim rzędami skrzynek z napisem Coca Cola. Podchodzę bliżej po dość stromym podjeździe ku górze. Pytam się czy mógłbym dostać coś do picia. Na twarzy kobiety z którą rozmawiam
rysuje się znak zapytania po czym wstaje i udaje się do wejścia. Gdy przekraczam próg budynku zaczynam ją rozumieć, nie trafiłem do sklepu lecz do prywatnego domu. Przechodzimy na werandę gdzie w cieni dużego drzewa znajduje się lodówka. Wyjmuje z niej butelkę z mlecznego plastiku i nalewa wody do błękitnego kubka i podaje mi z uśmiechem.
Dom składa się z trzech części. Pierwszy pokój z wejściem w którym znajduje się tylko mały ołtarzyk z Matką Boską i kilkoma krzesłami bardzo przestronny około 40-50 metrów kwadratowych.
Drugi pokój połączony z pierwszym przejściem ma małą kuchnie i 2 miejsca do spania oraz hamak. Weranda przestronna jak dwa poprzednie pokoje, mała kuchnia, samochód oraz miejsce zabawy dla dzieci. Zostawiam na blacie 1$ i wychodzę żegnając się oraz dziękując. Czas na powrót do reszty załogi.

Resztę dnia spędzamy pluskając się w wodzie później pobliskim basenie, popijając Pina Coladę i kręcąc filmy a także robiąc zdjęcia.

Wieczorem wracamy pokonując dość duże fale i ku naszej uciesze latając w górę i dół prawie rozbijając sobie zęby.

DSCF3105-2011-11-15-16-46.jpg


DSCF3107-2011-11-15-16-46.jpg


DSCF3108-2011-11-15-16-46.jpg


DSCF3110-2011-11-15-16-46.jpg


DSCF3112-2011-11-15-16-46.jpg


DSCF3116-2011-11-15-16-46.jpg


DSCF3160-2011-11-15-16-46.jpg


DSCF3257-2011-11-15-16-46.jpg


DSCF3007-2011-11-15-16-46.jpg


Kolejne dni spędzam na plaży, spacerując, czytając książki i robiąc zdjęcia. Któregoś dnia wynajmujemy samochód z kierowcą na wycieczkę do okoła wyspy. Kierowca ma na imię Paul a samochód Toyota Land Cruiser. Paul ma jak później dowiadujemy się 40 lat chociaż wygląda na wczesne 30 lat. Urodził się na Maderze. Mojej Maderze którą tak uwielbiam! Toyota miała ponad 800 tys kilometrów przebiegu i pomimo tego była w doskonałym stanie.
To jest powód dlaczego te samochody są wykorzystywane w najbardziej odległych zakątkach świata. Zarówno one jak ich kierowcy świetnie się trzymają! Zatankowanie baku nawet do tak dużego samochodu kosztuje w Wenezueli 2-3 dolary! Całego baku! Paul opowiada nam po drodze o życiu na Margaricie.

Kilku miesięczne samochody są droższe niż nowe z salonu. Dzieje się tak ponieważ jest tak duże zapotrzebowanie na nie i czas realizacji zamówienia zaczynają się o 9 miesięcy do prawie 1,5 roku.
Ciekawostką jest także że mieszkaniec Wenezueli może mieć tylko ograniczoną ilość dolarów. Może posiadać 1,5 tysiąca dolarów. Jeśli chce więcej to albo może kupić na czarnym rynku albo zrobić interes z turystami którzy chcą kupić tutejszą walutę - Boliwary za dolary. Teoretycznie handel dolarami na terenie Wenezueli jest zakazany oprócz licencjonowanych kantorów lecz praktycznie na każdym rogu można wymienić boliwary na dolary. Oficjalny kurs obecnie to koło 4 boliwarów za 1$ a na czarnym rynku dwa razy tyle!
W Wenezueli nie ma bieżącej wody. Woda jest dostarczana na Margaritę drogą wodną raz na 3-4 dni i każdy dom musi mieć własny system przechowywania wody. Bardziej zamożni mają zbiornik znajdujący się w pod ziemią i elektryczną pompę która zasila cały dom. W większości jest to jednak zbiornik na dachu domu a woda jest dostarczana z pomocą grawitacji.

S0012980-2011-11-15-16-46.jpg

S0012981-2011-11-15-16-46.jpg

S0012983-2011-11-15-16-46.jpg

S0012984-2011-11-15-16-46.jpg


DSCF3282-2011-11-15-16-46.jpg


DSCF3290-2011-11-15-16-46.jpg


DSCF3295-2011-11-15-16-46.jpg


DSCF3296-2011-11-15-16-46.jpg


DSCF3298-2011-11-15-16-46.jpg


DSCF3299-2011-11-15-16-46.jpg


DSCF3300-2011-11-15-16-46.jpg


Gdy byliśmy w drodze na lotnisko troszkę było mi smutno ,że wyjeżdżam z tego pięknego miejsca. Przelatywały mi obrazy z znajomymi których poznałem. Rezydentki jednego z największych biur podróży które z nami leciały do Margarity. Poznaliśmy się na naszym pokładzie, spotkaliśmy się później całkowicie przypadkiem. Rosjankę kelnerkę z jednych z beachbarów (przemyciłem ją na drugim zdjęciu od góry, leży oparta o pomost), taksówkarzy którzy zaczepiali nas za każdym razem gdy tylko wychodziliśmy z hotelu. Inną kulturę, inną mentalność ludzi którzy mieszkają zdecydowanie poniżej choćby polskich standardów ale dużo lepiej się z tym czują.

Na lotnisku mieliśmy kolejną niespodziankę ponieważ po przejściu przez kontrolę bezpieczeństwa straż lotniska chciała przeszukać nasze bagaże choć już skanowali je promieniami rentgena. Nie pomogła nawet interwencja Kapitana.

piątek, 28 października 2011

Warszawa

Warszawa. Zawsze jak przyjeżdzam (zwykle po dłuższym wyjeździe) do warszawy to jestem ucieszony. Wracam do domu. Dzisiaj będą zdjęcia bez długiego opisu ;)




DSCF0009-2011-10-29-00-06.jpg




DSCF0056-2011-10-29-00-06.jpg




DSCF0077-2011-10-29-00-06.jpg




DSCF0025-2011-10-29-00-06.jpg




DSCF0220-2011-10-29-00-06.jpg



DSCF0093-2011-10-29-00-06.jpg

wtorek, 25 października 2011

Lanzarote

Lanzarote
Mała wyspa pochodzenia wulkanicznego leżąca na archipelagu wysp Kanaryjskich zaliczana do Makaronezji, nieopodal wybrzeży Maroka, położona na Oceanie Atlantyckim.

Znana głównie z tamtejszych winnic oraz turystyki.

Na Wyspach Kanaryjskich byłem już wcześniej parę razy lecz bez możliwości pobytu. Lataliśmy tam i z powrotem ;)
Wylądowaliśmy koło południa w porcie lotniczym Arrecife. Otworzyliśmy drzwi i cieplutkie powietrze wdarło się do środka. Po prawie pięciu godzinach lotu to najprzyjemniejsza rzecz jak a się może nam przytrafić. Na Lanzie panuje klimat określany mianem „wczesnej wiosny” . Temperatura koło 20 stopni Celsiusza i słońce przyćmione chmurami. Nie za ciepło nie za zimno.
Szybciutko żegnamy pasażerów, 189 razy „do widzenia” później samolot jest pusty. Witamy się z załogą która przejmuje nasz samolot, pare uwag apropos tego co jest innego na tym samolocie i uciekamy do hotelu. Krótka przejażdzka załogowym busem i jesteśmy już parę chwil od naszych pokojów. Miła niespodzianka, w recepcji obsługuje nas Polak, zamawiamy budzenie 2 godziny przed odlotem. Tak na wszelki wypadek.

Umawiamy się co robimy dalej. Planujemy wynająć samolot i polecieć na krótką wycieczkę. No dobra żartuje :D Mamy w rzeczywistości bardziej przyziemne plany, wynająć samochód i wybrać się na krótką wycieczkę. Rzut okiem na mapę i mamy trasę. Park narodowy Timafaya, Puerto del Carmen, Playa Blanca, Mirador del Rio. Jeszcze zachodzimy wynająć samochód. Bierzemy pierwszy z brzegu i żegnamy się żeby za godzinkę spotkać się ponownie w hotelowym lobby. Wreszcie jestem w pokoju. Wreszcie sam. Wreszcie mogę zrzucić mundur wziąć prysznic i nałożyć cywilne ciuchy. Rytuał który zawsze odbywa się po locie. Krótka drzemka i w drogę. Spotykam się z resztą załogi. Wsiadamy i do samochodu a tam czeka nas nie miła niespodzianka. Klimatyzacja nie działa. Wentylacja nas nie działa. Nic nie działa. Radio działa.Razem ze znajomym wpadamy w szał.
- jak ten dziad mógł nam dać ten samochód!!
kątem oka widzę jak nasz master z którym załatwialiśmy wynajęcie samochodu oddala się, w ciągu paru sekund nasz entuzjazm opada i mamy chęć pobić tego agenta. Jest sobota więc nie będziemy oddawać kluczyków w ręce agenta, dostaliśmy despozyje aby pozostawić je w hotelu... próbujemy się dodzwonić do obsługi lecz niestety nikt nie odpowiada.
Ruszamy z miejsca. Bez klimatyzacji podróż nie jest zbyt przyjemna, otwieramy okna na rozcież.

DSCF1452-2011-10-26-00-32.jpg




Mijamy uliczkę za uliczką. Białe uliczki, białe elewacje budynków, duże drzewa, wielkie palmy, plantacje wina. Fajne krajobrazy.
-mógłym tu mieszkać tak na pół może rok
- tylko co tu robić, ryby wędzić, żadna linia nie ma tutaj bazy, tylko turyści i rybacy


DSCF1411-2011-10-26-00-32.jpg




Pierwszy punkt trasy Puerto del Carmen. Deptak nad brzegiem morza. Parkujemy samochód i wizytujemy w McD ;) Kolejny przystanek Playa Blanca. Piaszczyste plaże. Krótki spacerek wśród plażowiczów i pytanie co dalej. Decydujemy że pojedziemy do Parku Timafaya.Park narodowy utworzony aby chronić naturę Lanzarote. Prawie 5 milionów turystow rocznie to poważne zagrożenie, daltego władze wyspy zdecydowały o utworzeniu parku narodowego.

DSCF1398-2011-10-26-00-32.jpg



DSCF1409-2011-10-26-00-32.jpg



Mundury obsługi Timafaya przypominają ubiór więziennego klawisza ;) Beżowy kolor, prosty, więzienny krój. Na miejscu przesiadamy się do dużego wycieczkowego autobusu który zabiera nas na 40 minutową podróż wokół parku. W tle sączy się nagrany głos lektora mówiącego po hiszpańsku. angielsku i niemiecku. Między sobą śmiejemy się że jesteśmy na wycieczce po marsie ;) Totalnie nie ziemskie klimaty. Brunatno czerwona ziemia, nieczynne wulkany, wąskie drogi, przepaści.

DSCF1422-2011-10-26-00-32.jpg



Wysiadając z autobusu byliśmy znudzeni, wycieczka była troszeczke za długa. Jeśli czyta to ktoś z Timafaya proszę skróćcie te podróże po parku bo są za długie. Jedziemy naszym kochanym samochodem bez klimatyzacji na taras widokowy Mirador del Rio na sąsiednią Graciosa. Pare zdjęć na FB i w drogę!

DSCF1435-2011-10-26-00-32.jpg



DSCF1464-2011-10-26-00-32.jpg



Ostatni przystanek Cueva de los Verdes. Podziemne jaskinie. Jest tam bardzo przyjemna niespodzianka. Jeśli będziecie na Lanzarote totalny „must see”. Wycieczka trwa koło pół godziny może troszeczkę dłużej. Ciekawostką jest że jaskinia a właściwie sieć podziemnych tuneli powstały przy wybuchu wulkanu La Corona. Bilety zarówno do Timafaya jak i do Cueva de los Verdes kosztują około 15 euro za osobę ale naprawde warto....

DSCF1518-2011-10-26-00-32.jpg



DSCF1539-2011-10-26-00-32.jpg



DSCF1559-2011-10-26-00-32.jpg



DSCF1394-2011-10-26-00-32.jpg



DSCF1536-2011-10-26-00-32.jpg